14 listopada 2016, 11:39:3

Z Andrzejem Gawraczem, od 15 lat trzeźwym alkoholikiem, prezesem Tyskiego Klubu Abstynentów „Bosman”, rozmawia Małgorzata Tomaszewska, pracownik Wydziału Spraw Społecznych i Zdrowia Urzędu Miasta Tychy.

zdjęcie rękodzieła Autor: Małgorzata Tomaszewska

Małgorzata Tomaszewska: Na szyi nosi Pan wielbłąda…

Andrzej Gawracz: Na trzecim mityngu Anonimowych Alkoholików dowiedziałem się, że jest to znak symbolizujący alkoholika, który nie pije.

MT: Najbardziej znaną cechą wielbłądów jest mniejsze odczuwanie pragnienia. Jest to istotne dla osób, które chcą przestać odczuwać przymus picia. Proszę opowiedzieć jak wyglądało Pana życie zanim zaczął Pan nosić wielbłąda… Czy pamięta Pan pierwsze upicie?

AG: Pierwszy raz się upiłem rok po ukończeniu technikum. Mieszkałem w takiej dzielnicy, w której, jeżeli ktoś nie pił to stawał się odludkiem. Żeby zostać dopuszczonym do grona kolegów - to trzeba było pokazać, że się umie wypić. Do 18 roku życia nie napiłem się ani kropli, a gdy skończyłem technikum starsi koledzy z dzielnicy zaczęli okazywać mi szacunek i zaczęli mnie zapraszać:: „Jędrek napij się z nami…” I co miałem zrobić? Nie napić się z nimi? Innego towarzystwa nie miałem. Starsi koledzy imponują, a dla młodej osoby istotna jest aprobata grupy. Tak to się w zasadzie zaczęło…

MT: Prof. Osiatyński pisał o dwóch naturach alkoholika – gdy alkoholik jest trzeźwy to spełnia się i w pracy i w rodzinie, ale pod wpływem alkoholu przeobraża się…

AG: Tak, ale dotyczy to początku uzależniania się od alkoholu, kiedy jeszcze potrafimy zapanować nad koniecznością napicia się za wszelką cenę. Ponieważ jednak choroba alkoholowa jest chorobą nieuleczlną i postępującą, po przekroczeniu pewnej ,bardzo cienkiej granicy pije się już,bez względu na to jakie konsekwencje poniesiemy. Na początku jest taki schemat: od poniedziałku do piątku skupienie na pracy i rodzinie, ale od piątku po powrocie z pracy przez sobotę i niedzielę jestem tylko ja i alkohol. W miarę upływu czasu następuje zmniejszanie okresu pracy i rodziny,a wydłużanie czasu dla alkoholu, aż do utraty całkowitej kontroli nad swoim piciem.

MT: Jak Pan się zorientował, że picie alkoholu jest dla Pana problemem?

AG: Kiedy zaczęły się kłopoty w pracy, kiedy straciłem prawo jazdy, kiedy moje długi w banku zaczęły rosnąć w zastraszającym tempie. Wtedy pojawiły się myśli samobójcze. Dobrze, że w krótkiej chwili trzeźwości przyszła myśl: „A co z moją rodziną? Przecież to nie ona jest winna sytuacji jaka nastąpiła. Winien jestem ja.” Z alkoholizmem jest tak, że na początku po 2 kieliszkach człowiek ma dość. Później odporność na alkohol wzrasta i wypije się pół litra i nic się nie czuje. Ja doszedłem do takiej normy – że mogłem wypić litr i dobrze się bawić… a nawet w tym stanie zdarzało mi się szukać kolegi, żeby się jeszcze napić. Potem zaczyna się okres stagnacji a kolejnym etapem jest punkt, w którym okazuje się, że coraz mniejsza ilość alkoholu powoduje, że człowiek odlatuje. Jak się z tego zrobi wykres… rozumie się powiedzenie, że człowiek przy „piciu idzie w tak zwaną trumnę”. Mi na początku wódki smakowały, a później przyszedł taki czas, że mi alkohol w ogóle nie smakował. To jest ta cała istota choroby, że alkoholik w pewnym okresie nie chce i nie lubi pić, ale ma poczucie przymusu(z alkoholem źle, a bez alkoholu jeszcze gorzej). Osobie uzależnionej, gdy ma jakieś problemy, wydaje się, że najlepsze, co może zrobić to się napić. Picie pozwala odstawić te problemy na bok. Na drugi dzień po piciu człowiekowi pozostaje wstyd… a wstyd to kolejny problem, który najlepiej zagłuszyć pijąc. To jest takie błędne koło. Ja nie wiedziałem jak sobie z tym poradzić. Miałem już tego wszystkiego dość. Przypomniało mi się powiedzenie, że „jak trwoga to do Pana Boga”… Ja ateista zacząłem wieczorami chodzić pod drzwi kościoła i modlić się. Ale wtedy nie modliłem się o to, żebym nie pił w ogóle, ale, żebym się nie upijał i żebym nie tracił świadomości.  W najgorszym okresie film urywał mi się bardzo szybko. A później słuchając opowieści innych, o tym jak się zachowywałem, myślałem: „Nie… to nie mogłem być ja”.  Wtedy, modląc się, sądziłem, że bez picia nie można żyć, więc modliłem się o kontrolę nad tym. W końcu żona namówiła mnie, bym wszedł do tego kościoła. Ale ociągałem się, bo nie wiedziałem co tam należy robić… No wejdę i co? Ludzie tam się modlą, klękają, odpowiadają… A ona mówi – to  na razie nie odpowiadaj… posłuchałem jej i zacząłem chodzić do kościoła. Wielu alkoholików wypowiada takie zdanie – Pan Bóg wiedział co robi… po to mi dał alkoholizm, żebym ja  odnalazł drogę do Niego. Przecież ja byłem ateistą, a teraz jestem wierzący i wierzę mocno w to, że dzięki Sile Wyższej udało mi się wyjść z uzależnienia

MT: I tak rozpoczęła się Pana droga do trzeźwości?

AG: W kościele usłyszałem o mityngach Anonimowych Alkoholików.  Z pierwszego mityngu nie  pamiętam zbyt wiele. Za wcześnie przyszedłem i nie znałem dokładnie miejsca, gdzie się odbywają mityngi. Nagle zobaczyłem elegancką dziewczynę i niepewnie ją o to zapytałem (nie mieściło mi się w głowie, że osoba uzależniona może tak elegancko się prezentować). A ona od razu do mnie z pytaniem: „Ma Pan problem z alkoholem?” Zatkało mnie. Nie wiedziałem co powiedzieć.  „No… tak”- odpowiedziałem, na co ona: „Dobrze Pan trafił. Ja jestem Krystyna. Tu wszyscy mówimy sobie na Ty… co chciałbyś się  napić: kawy, herbaty?” Usiadłem w rogu, żeby mnie nikt nie widział. Bałem się, że któryś z moich pracowników przyjdzie i mnie pozna (byłem wtedy prezesem firmy). Krystyna do każdego kto wchodził mówiła: „Mamy nowego kolegę.  To Andrzej.” Wszystkim mnie przedstawiała. Chciałem wyjść, uciec, ale właściwie to nie było kiedy, bo co chwilę ktoś wchodził. Na początku byłem bardzo stremowany, ale za tydzień znowu poszedłem. Wszyscy o sobie opowiadali, a ja myślałem: „Kurczę, jakbym siebie słyszał… przecież ja to wszystko robiłem… znam to…” 

MT: Pamięta Pan pierwszy miesiąc trzeźwości? Co najbardziej pomagało w procesie trzeźwienia?

AG: Pierwszy miesiąc to euforia, że udaje mi się nie pić. W utrzymaniu abstynencji bardzo pomaga uczestnictwo w mitingach.Tam się nam lepiej rozmawiało niż w rodzinie. Rodzina często podczas rozmów  wypomina co się nawyprawiało w okresie picia, a na mityngu czuło się zrozumienie i wsparcie grupy. Szczególnie podobały mi się rocznice. Pierwszy miesiąc, drugi, trzeci miesiąc. Jeden mężczyzna miał 5 lat trzeźwości… A ja wtedy myślałem: „Niemożliwe - 5 lat bez alkoholu. Mi się to na pewno nie uda…” Teraz przyznaję się, że jestem alkoholikiem - nie da się tego ukryć, ale na początku zastanawiałem się jak ja mam to powiedzieć? W pracy, na przykład, były narady i jeden z  prezesów mówi: „Panie  Andrzeju – pan to jest znawca, ja dostałem tu kilka butelek. Niech Pan coś wybierze”. Jakie ja wtedy wymyślałem wykręty: na przykład, że przed chwilą brałem antybiotyk i dwie godziny muszę odczekać. On na to, że narada na pewno wcześniej niż za dwie godziny się nie skończy – to on z tą degustacją poczeka. Wtedy mówiłem, że mi 7 razy prawo jazdy odbierali i wszyscy policjanci w okolicy mnie znają, a ja akurat dziś jestem kierowcą… cały czas szukałem sposobów, żeby się jakoś wytłumaczyć. Na początku było mi wstyd przyznać się, że jestem alkoholikiem. Wracając do rocznic. Na grupę AA przy parafii św. Krzysztofa trzy miesiące przede mną zaczęła chodzić Irena. Jak ja jej zazdrościłem tego stażu trzeźwości. Ona miała trzy miesiące trzeźwości, a ja dopiero miesiąc, Ona miała 6 ja dopiero trzy… Na mityngach po pierwszym i po trzecim miesiącu abstynencji dostaje się laurkę - taką kartkę z napisem ile się jest w abstynencji i każdy z grupy na niej coś od siebie dopisuje - np.: „jestem z tobą” albo „trzymaj się” – to naprawdę bardzo pomaga. Taką kartkę chciałem też dostać po drugim miesiącu trzeźwości… i dowiedziałem się, że na mityngach AA przy parafii MM Kolbego mogę taką dostać po dwóch miesiącach trzeźwości. Tam też zacząłem chodzić. W AA uwierzyłem, że uda mi się przestać pić. Poza tym zaczęły poprawiać się moje relacje w rodzinie, pracy i pomiędzy sąsiadami. Udało mi się „załapać” do teleturnieju prowadzonego przez Krzysztofa Ibisza „Życiowa szansa”, gdzie wygrałem pokaźną sumę pieniędzy i dzięki temu pozbyłem się długów w banku. Wyszedłem na prostą. Stosuję zasadę – codziennie rano patrząc w lustro mówię „Dzisiaj  nie piję.”

MT: Wspomina Pan o rodzinie… Nawet najbardziej kochający członkowie często nie wiedzą jak

się zachować w stosunku do alkoholika i niechcący podsycają tę chorobę…

 AG: Może nie podsycają tę chorobę, ale na pewno stwarzają alkoholikowi komfort picia. Alkoholik potrafi doskonale zmanipulować rodzinę wykorzystując to, że w naszym społeczeństwie istnieje pełne przyzwolenie na picie. Znane są powiedzenia: kto nie pije ten jest „kapuś” i donosi, jeśli  chcesz załatwić jakąś trudną sprawę należy „sprawę oprzeć o bufet”, przecież wszyscy piją itp.... Alkoholik (najczęściej z dobrym skutkiem) utrwala w rodzinie taki obraz, że to nie jego wina, że pije i gdyby nie ważne sprawy, które on musi załatwić (oczywiście zmyślone) to on mógłby nie pić. Rodzina więc chcąc mu nie przeszkadzać w jego karierze zawodowej i społecznej „pomaga” mu (zawsze wyprane i wyprasowane koszule, przygotowane śniadania do pracy, podany obiad...). Gdyby społeczeństwo więcej wiedziało o chorobie alkoholowej i o jej rozwoju oraz w jaki sposób postępować z osobą pijącą można by uniknąć wielu kłopotów związanych z uzależnieniem członka rodziny. 

MT:  A co to znaczy być pijanym na sucho? Doświadczył Pan tego?

AG: Każdy alkoholik tego doświadcza. To wygląda tak: rano mówi się sobie do lustra dzisiaj nie piję, ale ciągle krąży się gdzieś koło sklepu monopolowego i od razu podświadomość zaczyna działać: jestem spragniony, a może bym się napił. A wchodząc do sklepu wodzi się wzrokiem najpierw po półkach z alkoholem, sprawdza się ceny. A w towarzystwie zwraca się uwagę, kto jaką wódkę nalewa, jakie gatunki stoją na stole. Picie na sucho - to jest taka pełna koncentracja na alkoholu. W tym momencie organizm pije… mimo, że nie wlewa się alkoholu w usta. Jedno ze wskazań na początku trzeźwienia to mieć przy sobie cały czas wodę mineralną i jak się poczuje chęć zapicia to mimo, że woda nie smakuje napełnić nią żołądek. Podstawowa technika ułatwiająca powstrzymanie nawrotu to HALT (od angielskich słów: hangry, angry, lonely i tired – dopisek M.T.) -  nie dopuść do tego by być głodnym, złym, samotnym i zmęczonym - bo wtedy najłatwiej zapić. O tym często przypomina nasz terapeuta w Klubie Abstynentów Bosman.

MT: Skąd Pan się dowiedział o Klubie?

AG: Gdy chodziłem na mityngi AA to po około roku dowiedziałem się od członków grupy, że jest Klub. Wtedy poczułem, że samo uczestnictwo w mityngach AA to dla mnie trochę za mało. Na spotkaniach AA temat alkoholu ciągle się przewija i każdy swój piciorys opowiada, bo chce z siebie wyrzucić to co złego zrobił. Na mityngach można opowiadać o sobie, natomiast nie można dawać informacji zwrotnych. Jak się widzi, że ktoś ma nawrót to na spotkaniu AA nie można mu zwracać uwagi. W Klubie jesteśmy grupą samopomocową, mamy regulamin i tu możemy zasugerować, że komuś pomogłaby terapia pogłębiona albo rzetelny rachunek sumienia. Poza tym mamy profesjonalnego terapeutę, który czuwa nad tym, żebyśmy czasami się nie pogubili. Spotkania w Klubie różnią się od spotkań AA. W Klubie o alkoholu mówi się jak najmniej, bo wiele osób ma duży staż w  trzeźwości i nie czuje potrzeby opowiadania swojego piciorysu. Ale każdy musi sam przejść swoją drogę, obecnie  trzy osoby przerwały przychodzenie do Klubu i zaczęły uczęszczać na spotkania AA. Twierdzą, że na ten moment to im bardziej pomaga. Jeden z nich powiedział mi: „Andrzej w Klubie jest wyższa szkoła jazdy, a ja jeszcze podstaw nie przerobiłem. Nie uznaję całkowicie bezsilności wobec alkoholu i nie wszystko z siebie wyrzuciłem i jak słucham na AA piciorysu to przypominam sobie, że gdzieś tam komuś jeszcze krzywdę zrobiłem, ale jak się uporam ze wszystkim to znowu wrócę do Klubu”. Ja teraz nie uczestniczę w spotkaniach AA. Jako prezes mam dużo obowiązków. W zasadzie powinienem kierować pracą zarządu, ale ja lubię być aktywny i dlatego angażuję się w tę pracę. Od skarbnika mam bardzo dużą pomoc. Właściwie, gdy poproszę o pomoc któregoś z członków Klubu to tę pomoc  otrzymuję.

MT: A co trzeba zrobić by być członkiem Klubu?

AG: Po prostu przychodzić i brać czynny udział w naszych działaniach. Teraz na liście zapisanych jest 38 osób, ale tak naprawdę jest nas trochę więcej. Deklaracje wydajemy dopiero po trzymiesięcznym „okresie próbnym” w Klubie. Spotykaliśmy się ze słomianym zapałem. Ktoś przychodził na jedno spotkanie i już chciał zostać członkiem, chciał deklarację, a później te osoby nie przychodziły regularnie, nie angażowały się, nie chciały wziąć dyżuru przy telefonie – widać było, że im się nie za bardzo podoba i po kilku obecnościach rezygnowały z uczestnictwa. Obecnie zapisanych jest więcej mężczyzn, ale zdarza się, że coś im wypada i wtedy mamy spotkania, w których uczestniczy więcej kobiet.  Każdy kto przekroczy próg Klubu może się spodziewać miłego przyjęcia. Mamy spotkania w grupie, ale jeśli ktoś chce może umówić się na indywidualną rozmowę z terapeutą. Z tym, że terapeuta u nas nie powie alkoholikowi co ma robić. W Klubie można usłyszeć jak inni sobie radzili w danej sytuacji. Ale każdy odpowiedzialnie musi przeanalizować swoją sytuację, bo jest ona różna od sytuacji osób wypowiadających i wybrać co mu pasuje. Może się okazać, że ma się inne uwarunkowania rodzinne, zawodowe i  nie da się postąpić tak, jak inni postąpili. Każdy wie, że przyszedł tu po to, żeby żyć w trzeźwości i że to co robi, robi przede wszystkim dla siebie. Staramy się po prostu tak postępować, żeby albo nie wrócić do uzależnienia albo poradzić sobie ze współuzależnieniem albo, żeby poradzić sobie z przemocą domową. Są w stowarzyszeniu osoby, które doświadczyły przemocy ze strony najbliższych.  Na początku osoby doznające przemocy nie chcą o niej mówić, ale później jak czują zaufanie w grupie to otwierają się. Tu w Klubie otrzymują informację,  jak ograniczyć napastliwość partnera, gdzie udać się po pomoc i jakie mają prawa. W Klubie jest możliwość skorzystania z wyjazdów integracyjnych, które są naprawdę skuteczne. Dzięki nim łączą się członkowie rodzin oraz cała grupa bardziej się zżywa. Spotykam się z zarzutami, że dajemy ludziom tańsze wczasy, bo przecież uzyskujemy na to dotację z urzędu… ale, żeby być na tych „wczasach” trzeba spełnić kilka warunków: trzeba się integrować z grupą poprzez wspólny wypoczynek i pracę (na przykład wspólna organizacja ogniska), aktywnie uczestniczyć w codziennych 3-godzinnych zajęciach grupy terapeutycznej oraz podczas całego pobytu nie spożywać alkoholu. Na naszym obozie jest regulamin, bo to obóz Klubu Abstynentów. Zapraszamy na niego te osoby, które rozumieją ideę trzeźwości  i wspierają osoby, które chcą podążać tą drogą. W zasadzie, jakby ktoś chciał jechać na obóz Klubu Łysych - to też musiałby się ogolić i dostosować

MT: Jakie rady ma Pan dla osób, które są na początku drogi trzeźwienia…

AG: Rad raczej nie udzielam, tylko mówię co ja zrobiłem w takiej sytuacji, czego posłuchałem, co przeczytałem. Każdy ma swoją drogę trzeźwienia - ja nie byłem na żadnej terapii stacjonarnej. W moim przypadku wystarczyły mityngi AA i później Klub Abstynenta. W Klubie zajęcia prowadzone są pod fachowym nadzorem certfikownego psychoterapeuty ds. uzależnień. Początki są trudne. I sama wiedza na temat alkoholizmu nie wystarcza. Potrzebne jest wsparcie od innych osób. Osoby „początkujące” mają dylematy co robić, gdy w rodzinie szykuje się jakaś uroczystość i będzie ich kusić picie? Zasada jest taka: „nie jedź albo pojedź i jak się źle poczujesz to po angielsku wyjdź… i wierz mi, że nawet nie zauważą tego, że wyszedłeś”. W społeczeństwie wiedza na temat alkoholizmu jest za mała. Ludzie nie wiedzą, że są takie instytucje, gdzie można w tej chorobie otrzymać pomoc. Coś się tam słyszało, że do psychiatry trzeba by się udać… ale człowiek od razu się buntuje, przecież ja wariatem nie jestem… Dobrze byłoby, aby pojawiało się więcej artykułów w prasie, czy w radio czy telewizji na temat alkoholizmu, żeby każdy wiedział, gdzie może uzyskać pomoc. Nie należy na człowieka naciskać, bo pierwszym odruchem jest gest Kozakiewicza i złudne myślenie: „Jak będę chciał - to nie będę pił”. To jest naprawdę strasznie ciężka choroba, która potrafi tak mózg pozawijać, że nawet jak człowiek sobie wszystko analizuje to wychodzi, że nie jest alkoholikiem. Przecież trzy miesiące wytrzymałem bez alkoholu - to jaki ze mnie alkoholik? Z tym, że pomija się późniejszy fakt, że po tych trzech miesiącach to od razu wpadło się w ciąg i nie potrafiło się przez trzy tygodnie przestać pić… Alkoholik na wolności może odmówić leczenia. A szkoda, bo na terapii się wiele klapek w głowie otwiera. W więzieniu przychodzi „klawisz” i do osadzonego z problemem alkoholowym mówi: „Wyrywaj na terapię…” A na wolności nie ma przymusowego odwyku… jest co prawda procedura zobowiązania do leczenia odwykowego, ale z tego zawsze można zrezygnować. Terapeuci podkreślają, że alkoholik po terapii, choćby dalej pił, to już nie ma takiego komfortu picia, jak miał przed terapią. Każdemu na spotkaniach z terapeutą coś głęboko w środku zostaje. Ten alkoholik będzie głośno mówił, że terapia to głupoty… Ale podczas rozmowy wewnętrznej, nawet na kacu, człowiek rozmyśla o swoim postępowaniu i zadaje pytania: „Po co mi to było? Po co się znowu spiłem?” Alkoholizm to trudna choroba, zresztą jak wszystkie choroby chroniczne. Cukrzycy czy ci, co mają dietę wątrobową. Oni też mają nawroty. Trudno jest się trzymać zaleceń lekarza. Ale nawet po nawrocie człowiek może wrócić w tryby trzeźwienia.

MT: Ludzie, którzy nie mają problemu alkoholowego, którzy piją okazjonalnie, towarzysko, uważają, że picie alkoholu jest kwestią silnej woli i wolnego wyboru.

AG: Jeśli ktoś potafi kontrolować ilość i częstotliwość wypijanego alkoholu możemy mówić o jego silnej woli i wolnym wyborze. Tylko, że to może okazać się pułapką. Ja też tak zaczynałem: pół litra w czterech i dość. Linia między piciem kontrolowanym a uzależnieniem jest tak cieniutka, że nie wiadomo, kiedy się jest już po drugiej stronie.  Przecież, gdybym wiedział, że zostanę alkoholikiem, że stracę kontrolę nad ilością wypijanego alkoholu -  to zapewne przestałbym wtedy, kiedy jeszcze mogłem…a później już się nie da.

MT: Pił Pan 37 lat. W maju minęło 15 lat odkąd nie pije Pan alkoholu. Co po tylu latach trzeźwości jest dla Pana najtrudniejsze?

AG: Jak się zaczyna trzeźwieć to  robi się obrachunek zysków i strat i wtedy widzi się, ile w  życiu przepadło. A drugiego życia nie będzie. Gdybym te moje 37 lat nietrzeźwości ścisnął w ręku mocno to  może - trzy, cztery jakieś momenty z  tego okresu życia by zostały, z których jestem zadowolony. Przez picie naprawdę dużo straciłem. Przychodzi mi taka myśl: „Dlaczego tak późno człowiek doszedł do tego rozumu. Trzeba było wcześniej z tym zrobić porządek. Przecież ja przez 37 lat nie byłem na żaglach. Patent zrobiłem w 1967 roku i popływałem może z pół roku. Mazury takie piękne. Przecież przez te wszystkie lata mogłem sobie pływać”.  Jest we mnie żal…  Terapeuta mówi mi, że mam sobie dać z tym spokój, bo i tak tych lat nic mi nie zwróci. Moi koledzy sobie z tym poradzili.  Ja jeszcze nie. Wybaczam sobie powoli. Myślę, że w końcu wyzwolę się z tego i przestanę żałować, tego co było.

MT: Co zyska na trzeźwości alkoholik?

AG: Co zyska? Bardzo dużo. Odzyska wiarę w siebie, odzyska rodzinę, odzyska szacunek u ludzi , radość z trzeźwego życia, poza tym realizuje swoje marzenia, odzyskuje równowagę i duchowy spokój. Odzyska dobre samopoczucie.

MT: Panie Andrzeju dziękuję za podzielenie się własnymi doświadczeniami. Życzę wielu lat w zdrowiu i trzeźwości, a w kontekście obchodzonego we wrześniu 2016 r. Jubileuszu XV – lecia istnienia Stowarzyszenia, życzę Panu, by praca w Klubie Abstynentów Bosman była dla Pana źródłem satysfakcji i ciągle inspirowała do dalszego działania.

Nasza witryna wykorzystuje pliki cookies, m.in. w celach statystycznych. Jeżeli nie chcesz, by były one zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Dowiedz się w jaki sposób przetwarzamy Twoje dane osobowe w Urzędzie Miasta Tychy oraz jakie masz związane z tym prawa. WEJDŹ » ×